Kiedyś trzepak, dziś zajęcia sensoryczne. Kiedy zabraliśmy dzieciom dzieciństwo?
- centrumperspektywa.com
- 2 dni temu
- 4 minut(y) czytania
Kiedyś dziecko wychodziło z domu i słyszało: „Idź się pobawić. Wróć na kolację.”
Dzisiaj słyszy: „Masz angielski o 16:00, potem trening, o 18:30 zajęcia sensoryczne, a w sobotę trening komunikacji.”
I jakoś tak między jednym a drugim pokoleniem doszliśmy do wniosku, że dzieciństwo wymaga certyfikowanego programu rozwojowego.

Dzieciństwo kiedyś i dziś
Kiedyś był trzepak, dziś jest integracja sensoryczna. Kiedyś była banda dzieciaków z podwórka, dziś jest trening umiejętności społecznych. Kiedyś dziecko musiało samo podejść do grupy i zapytać: „Mogę z wami?”, dziś uczymy je tego podczas treningu komunikacji. Kiedyś dzieci kłóciły się na boisku, obrażały, godziły i następnego dnia znowu razem grały, dziś uczymy je na zajęciach, jak rozpoznawać emocje, komunikować potrzeby i rozwiązywać konflikty.
Co właściwie stało się z podwórkiem?
Dziecko już nie może po prostu być dzieckiem. Współczesne dzieciństwo jest podejrzanie dobrze zorganizowane. Dziecko ma rozwijać motorykę małą, motorykę dużą, kompetencje społeczne, kompetencje emocjonalne, komunikację, koncentrację, kreatywność i samoregulację. Najlepiej oczywiście w odpowiednich godzinach i pod opieką odpowiednio wykwalifikowanego specjalisty. Nawet zabawa zaczęła potrzebować uzasadnienia. Czasami mam wrażenie, że gdyby ktoś dziś zobaczył grupę dzieci biegających bez celu po podwórku, natychmiast zacząłby się zastanawiać, jakie zajęcia można im zaproponować, żeby ten czas nie został zmarnowany.
A przecież właśnie wtedy może dziać się coś niezwykle ważnego. Trzepak był darmowym centrum rozwoju osobistego. Dziecko wspinało się - czyli uczyło się oceniać ryzyko, spadało - czyli uczyło się konsekwencji, próbowało ponownie - czyli rozwijało wytrwałość, ktoś je wyprzedził - czyli musiało poradzić sobie z frustracją, ktoś powiedział: „Teraz moja kolej” - czyli trzeba było negocjować, ktoś inny powiedział: „Nie możesz się z nami bawić” - czyli pojawiała się odmowa i pierwsza lekcja odrzucenia, ktoś się rozpłakał - czyli trzeba było zauważyć emocje drugiego człowieka, ktoś oszukiwał - czyli trzeba było ustalić zasady, ktoś się obraził - czyli trzeba było nauczyć się naprawiania relacji.
Trzepak nie miał programu terapeutycznego. A mimo to uczył rzeczy, które dziś próbujemy rozłożyć na dziesięć różnych zajęć.
Podwórko było brutalne. I właśnie dlatego uczyło życia
Nie, dawniej nie było idealnie. Podwórko potrafiło być okrutne. Dzieci się wyśmiewały, wykluczały, biły, przezywały, tworzyły hierarchie. Nie każde dziecko radziło sobie z tym dobrze. Nie każdy dorosły reagował wtedy, kiedy powinien. I całe szczęście, że dzisiaj więcej wiemy o przemocy rówieśniczej, neuroróżnorodności, trudnościach emocjonalnych czy rozwojowych. Problem w tym, że wykonując ogromny krok naprzód, możemy czasem zrobić dwa kroki w bok. Bo zaczęliśmy wierzyć, że każdą trudność dziecka należy natychmiast naprawić.
Nieśmiałe? - trening społeczny
Nie lubi dotyku? - zajęcia sensoryczne
Nie umie przegrywać? - trening regulacji emocji
Nie potrafi wejść do grupy? - trening komunikacji
Nie może usiedzieć w miejscu? - kolejne zajęcia
A może czasami odpowiedź brzmi: „Dajmy mu trochę czasu i przestrzeni.”
Dziecko nie jest projektem do optymalizacji. To chyba najbardziej kontrowersyjna rzecz, jaką można dziś powiedzieć rodzicom. Dziecko nie musi być maksymalnie rozwinięte, nie musi wykorzystać każdej minuty, nie musi mieć pięciu pasji, nie musi w wieku siedmiu lat grać na instrumencie, mówić po angielsku, pływać, programować, znać technik oddechowych i rozpoznawać siedemnaście emocji na obrazkach.
Dziecko nie jest startupem, nie trzeba go bez przerwy rozwijać. Czasem trzeba mu pozwolić się nudzić, pozwolić mu zrobić coś głupiego, pozwolić mu przegrać, pozwolić mu samemu rozwiązać konflikt i pozwolić mu wrócić do domu z brudnymi kolanami.
Dziś nawet relacje mają instrukcję obsługi
Zaczęliśmy uczyć dzieci relacji w sposób, który momentami sam w sobie jest dość… nierelacyjny. Dzieci siedzą w kręgu, pani pokazuje obrazek. „Jak myślisz, co czuje Jaś?”, „Jak możesz zakomunikować swoją potrzebę?”, „Co możesz powiedzieć, kiedy kolega zabiera ci zabawkę?” - wszystko bardzo mądre, tylko że potem dziecko wychodzi z zajęć i trafia na prawdziwe życie. A prawdziwe życie nie pokazuje mu czterech obrazków z emocjami. Kolega po prostu zabiera piłkę, koleżanka mówi: „Nie chcę się z tobą bawić”, ktoś robi mu głupią minę, ktoś inny zmienia zasady gry. I wtedy dziecko musi zrobić coś, czego nie da się nauczyć wyłącznie z instrukcji - musi zareagować.
Największym luksusem współczesnego dzieciństwa może być wolny czas
Paradoks polega na tym, że chcemy wychować dzieci odporne psychicznie, a jednocześnie staramy się usunąć z ich życia wszystko, co mogłoby wywołać frustrację. Chcemy, żeby były samodzielne, ale organizujemy im każdą godzinę. Chcemy, żeby umiały podejmować decyzje, ale decydujemy za nie, co będą robić po szkole. Chcemy, żeby potrafiły rozwiązywać konflikty, ale często rozwiązujemy je za nie. Chcemy, żeby były kreatywne, ale dostarczamy im gotowe aktywności. Chcemy, żeby umiały odpoczywać, ale nawet odpoczynek potrafimy wpisać do kalendarza. To trochę tak, jakbyśmy chcieli nauczyć dziecko pływać, ale nie pozwalali mu wejść do wody bez instruktora.
Nie potrzebujemy powrotu do lat 80. Potrzebujemy powrotu do zdrowego rozsądku.
Nie twierdzę, że mamy wyrzucić z życia dzieci terapię, zajęcia sensoryczne czy treningi komunikacji. Dla wielu dzieci są one naprawdę potrzebne. Problem zaczyna się wtedy, gdy specjalistyczne zajęcia stają się substytutem życia. Bo dziecko potrzebuje czasem specjalisty, ale potrzebuje też kolegi. Potrzebuje terapeuty, ale potrzebuje też podwórka. Potrzebuje treningu komunikacji, ale potrzebuje też sytuacji, w której ktoś mu powie „nie”.
Potrzebuje bezpiecznego dorosłego, ale potrzebuje również przestrzeni, w której dorosłego przez chwilę nie ma.
Może nie powinniśmy pytać, czego jeszcze nauczyć dziecko. Może powinniśmy zacząć pytać: Czego jeszcze nie pozwalamy mu doświadczyć? Czy ma czas na nudę? Czy ma możliwość samodzielnego spotkania się z rówieśnikami? Czy może czasem samo wymyślić zabawę? Czy może wejść na drzewo? Czy może się pobrudzić? Czy może przegrać? Czy może pokłócić się z kolegą i sam spróbować się pogodzić? Czy może czasem zrobić coś bez celu?
Kiedyś dziecko wychodziło na podwórko i nie wiedziało, czego nauczy się tego dnia. Dzisiaj często ma to zapisane w kalendarzu. I może właśnie dlatego czasem warto odłożyć kalendarz, wyłączyć aplikację z zajęciami i powiedzieć po prostu: „Idź na dwór. Pobaw się. Wróć przed kolacją.”
Bo być może dziecko nie potrzebuje kolejnej lekcji o życiu.
Być może potrzebuje wreszcie trochę życia.
Magdalena Zielińska
psychoterapeutka par i rodzin




Komentarze